DE EN FR ES PL

PRZEJŚĆ SALAR

Kwiecień 14, 2016

PRZEJŚĆ  SALAR

To jest opowieść o samotnym przejściu największej pustyni solnej na świecie- Salar de Uyuni w Boliwii.

by  Mateusz Waligóra

 “Widzisz tę górę na horyzoncie? To Tunupa. Według legendy, pewna kobieta, poślubiła Kusku, lecz on zostawił ją dla innej, Kusiny. Podczas karmienia piersią ich syn, Tunupa, zaczął płakać. Jego łzy zmieszały się z mlekiem i tak powstała Salar. Proste, prawda?”

Alfredo żyje na wyspie Incahuasi, na środku największej solnej równiny, od 26 lat. Dla niego, jak i dla pozostałych Ajmarów, to miejsce będzie się zawsze nazywać Salar de Tunupa. Pełna mistycyzmu, bogata w legendy i tradycyjne wierzenia, pozostawia piętno w każdym człowieku. Może to dlatego jestem tutaj już drugi raz. Innego dnia, kiedy wyjeżdżałem z małego miasteczka Llica, tamtejsi tubylcy stali progach swoich kamiennych domków, wyrysowani przez niecodzienny widok ciągnącego wózek Gringo. Nie mogli zrozumieć, dlaczego ktoś chce przemierzyć Salar de Uyuni pieszo. Dla mnie, to był początek wielkiej przygody, od początku do końca w mieście Colchani, po zaledwie 170 km i około 10 dni. Cel? Przejść samotnie największą na świecie równinę solną, ciągnąc na wózku, za sobą cały sprzęt - bez niczyjej pomocy. Po co? W czasach kiedy wszystkie decyzje są poprzedzane nieuchronnym pytaniem: „Czy warto?”, doszukiwanie się celu mojego przedsięwzięcia dosłownie nie ma sensu. Wizja bezgranicznej solnej równiny zlewającej się z niezwykle niebieskim niebem była dla mnie wszystkim. Tak mało, a zarazem tak dużo.

Trzeciego dnia rano, przywitało mnie Słońce. Jego promienie pomagały mi ogrzać zdrętwiałe od zimna ręce oraz oświetlały mi kuchenkę turystyczną. Po kilku łyżkach słodkiej herbaty, odważyłem się rozpiąć śpiwór. Noc była zimna, cienka warstwa mrozu pokryła tropik. Połykając kilka łyżek musli z mlekiem, założyłem buty na moje zmrożone stopy i spakowałem sprzęt składający się z ciepłego puchowego śpiwora, który chroni mnie przed zimnem, nawet gdy temperatura spada do -40 stopni Celsjusza, odporny na silne wiatry namiot, trochę jedzenia i sześć dziesięciolitrowych worków wypełnionych wodą. Nie ma sposobu by zaczerpnąć wody z jakiegokolwiek źródła w boliwijskiej Salar de Uyuni. Dlatego też ciągnę stertę moich wszystkich rzeczy na specjalnie zaprojektowanym wózku, którego koła mają ekstremalnie szerokie opony, te same, których użyłem na Canning Stock Route w zachodniej Australii.

Bakcyla na przejście pustyni złapałem w Antypodach. Jest tam permanentna cisza, niezachwiany spokój. I tym jest właśnie Salar de Uyuni. Kiedy wiatr nie był dla mnie uporczywy, cisza była absolutna. Jedyny dźwięk jaki słyszałem to trzeszcząca pod moimi stopami sól. Muzyka dla uszu. Kiedy podróżujesz pieszo, kroki spotęgowane przez dziesiątki wijących się myśli w Twojej głowie, wydają monotonny rytm. Ostatecznie marsz staje się medytacją. Od świtu do zmierzchu. Dzień po dniu.

Cztery dni po wyjeździe z Llica przyjeżdżam na wyspę Incahuasi, gdzie jestem przywitany przez pierwszego osadnika- Alfredo. Mówi mi o lokalnej legendzie. Ta mała skalna wyspa w samym środku ogromnego słonego morza była kiedyś wierzchołkiem wulkanu. Teraz jest porośnięta setkami kaktusów, a niektóre z nich są tak stare, że mogą pamiętać czasy Chrystianizacji Polski. Prawdziwie wyjątkowy widok ciągnie się od wierzchołka wyspy. Widziałem zasolone niziny w wielu różnych częściach świata- w Australii, Chile, Argentynie, ale bezkres tego miejsca przyćmiewa wszystkie pozostałe. Wzdłuż jezior Titicaca i Popo, Salr de Uyuni jest przypomnieniem gigantycznego Pleistocene, Jeziora Boliwijskiego. Jest to jedno z najbardziej płaskich obszarów na świecie, z wysokością wahającą się od prawie 41 centymetrów, co sprawia, że idealnie nadaje się do kalibracji urządzeń GPS. Podczas boliwijskiego lata, pustynia jest pokryta cienką warstwą wody i staje się największym naturalnym lustrem na Ziemi. Iluzja zamazanego i znikającego horyzontu pomiędzy dwiema niekończącymi się niebieskimi płaszczyznami może raz na zawsze zmienić znaczenie słowa „NIEZWYKŁY” dla tych, którzy mieli okazję tego doświadczyć.

Salar może być nieco zwodnicza. Podjąłem się ryzyka na samym początku- cokolwiek mogę napotkać, muszę zmierzyć się z tym sam. Nie ma ucieczki, a wiele może się zdarzyć. Nawet zimą, kiedy pogoda wydaje się być stabilna, może zmienić się w przeciągu kilku godzin. Teoretycznie, jest niewielka szansa na burzę śnieżną- idealnego zabójcę – jak okazało się w 2002 roku, kiedy to para martwych rowerzystów została znaleziona na Salar. W przypadku załamania pogody, nie ma żadnych elementów krajobrazowych, które zapewnią schron. Z bezpiecznego widza w ciągu kilku sekund mogę znaleźć się w samym środku potężnej bitwy pomiędzy wiatrem a śniegiem.

Mając na uwadze taki scenariusz, tak jak i inne myśli, których nie mogę zgubić, marsz staje się coraz trudniejszy. Zacząłem doceniać otaczający mnie spokój, wolność od brzemienia dnia codziennego. Ten spokój w mojej głowie, kiedy nikt nie próbuje Ci wpychać: „potrzebujesz kupić nowy telewizor” albo „ten suplement diety sprawi, że będziesz zdrowy i szczęśliwy jak nikt inny”. Mój jedyny suplement to poranna tabletka przeciwbólowa i nie sprawia ona wcale, że czuję się szczęśliwszy. Poza tym:

    „Najlepsze rzeczy w Twoim życiu są za darmo. Za darmo! Nie wiesz o tym? Zatem Twoje serce musi być zaplamione na czarno”. (Eldo-Miasto Słońca.)

Pewnego wieczoru znalazłem spore pęknięcie na warstwie soli wypełnionej wodą. Aczkolwiek irracjonalnie zacząłem się trochę martwić. Skorupa soli pod moimi stopami jest gruba przynajmniej na kilka metrów. Jeśli może znieść obciążenie mojego pojazdu, może również utrzymać mój namiot. Nawet jeśli logicznie wydawałoby się to najlepszym doradcą, każde jedno uderzenie młotkiem jest trafiane w sam czubek stalowego gwoździa – jedyną rzeczą, która może przejść przez ciężką betonową sól jest śledź od mojego namiotu- robię to z wielką ostrożnością. W nocy, mimo ostrego mrozu, wychodzę na zewnątrz. Widok Drogi Mlecznej przedzierającej się przez głębię czerni nieba sprawia, że zapominam o strachu. Robię zdjęcia. Jestem szczęśliwy.

Następnego dnia zauważam, że na horyzoncie jest linia samochodów terenowych wypchanymi turystami. To oni stanowią dla mnie zagrożenie, szczególnie kiedy biwakuję. Boliwijscy kierowcy raczej nie zważają na bezpieczeństwo szczególnie w terenie, co prowadzi do mnóstwa tragedii. Siedem lat temu, nagłówki Salar de Uyuni były w całym Izraelu i Japonii. Jedenaście mieszkańców z tych krajów zostali zabici przez czołową kolizję dwóch samochodów terenowych. To nie był pierwszy raz, gdy cisza pustyni została przerwana przez eksplozje baków samochodowych i dźwięki rozbijających się aut. Ale czy zmieniło to w jaki sposób organizowane są wycieczki? Nie. Władze niezależnego miasta Uyuni utworzyły pamiątkowy piedestał, lecz do tego czasu 10 miliardów soli pozostaje niemym światkiem dramatycznych wydarzeń. Dźwięk migawki aparatu i szyb samochodowych zwijanych w dół wyrwały mnie z medytacji. Jeden z wielu turystów zdecydował się zrobić mi zdjęcie swoim telefonem. Nawet bez żadnego „dzień dobry”. Bez słowa. Co za nonsens.

   „Chciałbym wierzyć, że kogoś to wciąż obchodzi, że świat jest czymś więcej niż tylko kawą ze Starbucks'a i Iphone'm.” (Eldo- Rybałci)

Dwa ostatnie dni marszu uważam za najtrudniejsze. I nie chodzi tutaj o wysuszone i popękane usta przez promienie słońca ani pęcherze na moich stopach. Nawet wysokość mojej wędrówki przekraczała 3,500 metrów, co nie było problemem. Zaledwie kilka dni temu stałem na szczycie sześciotysięcznika, więc jestem teraz bardzo dobrze zaaklimatyzowany. Drugi koniec Salar jest coraz bliżej. To jest problem. Zawsze będzie istniała specyficzna więź pomiędzy mną a pustyniami. Zastanawiam się tylko, czy to jest możliwe:

    „Podróż bez celu, aby przybyć tak późno jak to tylko możliwe, a nawet.... nie dotrzeć wcale”.

Ja wierzę, że tak jest.





Zostaw komentarz