DE EN FR ES PL

Bikepacking w Dolomitach

Marzec 02, 2017

Bikepacking w Dolomitach

Ekipa Fed by Wild udała się na bikepacking oraz wspinaczkową przygodę na via ferrata w Dolomitach. Podzielili się z nami swoimi wspomnieniami i zdjęciami z tego magicznego miejsca we Włoszech.

"Gdy wjeżdżamy w uliczki Cortiny d'Ampezzo, tylko jednym okiem śledzimy ruch uliczny, gdyż drugie jak zahipnotyzowane wpatruje się wysoko w pionowe ściany i poszarpane szczyty Dolomitów. Oczywiście mamy świadomość, że żaden z nas nie będzie podejmował nawet próby wjechania na szczyt. Jednak patrząc na cienkie koła przełajów a później na piargi, ściany, granie i kamienie mimowolnie zaczęliśmy nucić słowa refrenu '…i żywy stąd nie wyjdzie nikt', zdaje się za zespołem Perfect.

Bez wątpienia już samo gapienie się na Dolomity wynagradza wszelkie trudy związane z wielogodzinną nocną podróżą samochodem.

Bez wątpienia już samo gapienie się na Dolomity wynagradza wszelkie trudy związane z wielogodzinną nocną podróżą samochodem. Szybkiemu skręcaniu rowerów towarzyszyło równie szybkie pakowanie się na kilkudniową górską jazdę, połączoną ze wspinaczką na via ferratach. Tak, byliśmy dobrze przygotowani na każdą ewentualną rozrywkę, jaka mogła na nas czekać w tym bajkowym miejscu: mieliśmy szybkie rowery dla ostrego zapierdalania, uprzęże i lonże dla via ferrat na pionowych ścianach, karty kredytowe dla barowej i kulinarnej jazdy w schroniskach i kaski na głowach dla życia szczęśliwego amen. Co ciekawe, zawsze po macoszemu traktowane kaski teraz pedantycznie regulowaliśmy na naszych głowach, jakby chcąc dowieść, iż rozwaga i odpowiedzialność były wpisane w nasz plan. Cholera - planu nie było...

Musieliśmy podjechać jeszcze do centrum Cortiny d'Ampezzo by zakupić mapę (zawsze to dobrze wygląda na zdjęciach) i zapytać, którędy w góry. Dopiero w trzecim lub czwartym sklepie rowerowym otrzymaliśmy szczegółowe informacje, a gość wyglądający na członka zawodowej grupy kolarskiej grubym flamastrem wymalował wielką pętlę, kilka krzyżyków i kółek na mapie pasma Dolomitów. Poza ogromem pętli martwiły nas głównie postawione krzyżyki. W każdym bądź razie wiedzieliśmy teraz, co powinniśmy zrobić, by móc później powiedzieć: tak, byliśmy tam.

Forcella Ambrizzola
Jazda przez Dolomity zaczęła się od ostrego podjazdu, który na wysokości niemal 2000 m n.p.m. bardzo szybko dał nam w kość. Powód zmęczenia był prosty; na kempingu w Cortinie dnia poprzedniego spotkaliśmy grupę krajan z Irlandii. Wiem, wiem, dziwnie to brzmi, ale w dzisiejszych czasach emigracji… A jak krajan krajana spotyka na obczyźnie, scenariusze w polskim narodzie zazwyczaj są dwa: albo miłość, albo nienawiść. Jedno i drugie kończy się tak samo, czyli potwornym bólem głowy dnia następnego i pobudką o zdecydowanie nierannych godzinach. Nas z krajanami połączyła miłość, więc w skupieniu, oparach i uśmiechach na twarzy, pięliśmy się najpierw asfaltową a później szutrową drogą w górę.

Do schroniska pod monumentalną wschodnią ścianą Cima Ambrizzola dotarliśmy o zachodzie słońca; tam magiczny zwrot akcji i uno litro vino rosso i genialny makaron ragu z całą swoją mocą wyleczyły nasze wszystkie fizyczne cierpienia. Nieco później, już na przełęczy Ambrizzola, w świetle czołówek i przy zimnym porywistym wietrze rozbijamy namiot.

Prawdziwą niespodzianką okazał się widok szczytów w bladoróżowym świetle poranka. Trzymając parujące kubki kawy zastanawialiśmy się, jakim cudem w nocy udało nam się wjechać w scenografię rodem z “Władcy Pierścieni”. Mimo pięknego i słonecznego dnia, wszechobecna wilgoć porannej rosy i niska temperatura jeszcze raz dowiodły, że biwak na północnym stoku nie jest rozrywką dla domatorów. To był mocny argument za jak najszybszym puszczeniem się na naszych rowerach przez dolinę.

Niewielkie przewyższenie do kolejnej przełęczy nie mogło nam popsuć zabawy i z uśmiechem na twarzach przez pół dnia lawirowaliśmy na single tracku pomiędzy wielkimi jak szafa kamieniami wystającymi co jakiś czas ze ścieżki. Tak, w końcu ślepy los pchnął nas na właściwe ścieżki. Jak się szybko okazało, ślepy los popychał nas dalej i wypadało tylko cierpliwie czekać, aż któryś z nas, w konsekwencji tego popychania, się wypierdoli. Za kolejną przełęczą ścieżka odważnie szkocką linią schodziła w dół. My oczywiście w ślad za nią, już tylko walcząc o przeżycie z rowerami i bagażami, które bardzo rzetelnie przestrzegały prawa grawitacji.

Passo di Giau
Kolejny cel musi być osiągnięty. Musi! Nic nie mówimy, z trudem łapiąc oddech opieramy się o rowery, dzięki czemu ani my, ani one się nie przewracają. Nasze spojrzenia mówią wszystko. Cel jest przed nami i co gorsza nad nami, to Passo di Giau. Oczywiście nie interesuje nas wyłącznie przełęcz, lecz również znajdujące się na niej schronisko, które, jak się okaże po dotarciu do niego, także nie jest celem samym w sobie, a jedynie warunkiem pozwalającym osiągnąć cel ostateczny, czyli wymarzone spaghetti ragu i uno litro vino rosso, bo tak nakazywał nasz nowo przyjęty obyczaj, no a gdzie my byśmy z obyczajami dyskutowali.

Bez wątpienia dzisiaj zasłużyliśmy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej na taki kulinarny bonus od włoskiej kuchni. Nie mógł nas powstrzymać nawet fakt, iż dzień się jeszcze nie skończył, a dla ścisłości, zaledwie minęła połowa. Druga połowa tradycyjnie upłynęła nam na zjazdach, podjazdach, wnoszeniu i znoszeniu, sprowadzaniu i podbieganiu, czego wynikiem było dotarcie do spektakularnej formacji skalnej składającej się z pięciu wież i noszących nazwę Cinque Torri. Zwieńczeniem dnia był jak zwykle fantastyczny makaron itd. w schronisku Angelo Dibona i genialny biwak pod majestatyczną ścianą Tofana de Pomedes.


Punta Anna
Poranek jest zimny a chłodna rosa tylko podkręca naszą radość z porannego wstawania. Na szczęście z pomocą przychodzi ciepła owsianka i jaglanka, więc dla równowagi biologicznej naszych organizmów wypijamy po dużej czarnej kawie. Rozbudzeni taką mieszanką szybko pakujemy graty i napędzamy, poprzez korby, nasze zapakowane przełaje.

Wspinamy się po szutrze do pierwszego schroniska - Angelo Dibona. Dzisiaj chcemy zostawić rowery w schronisku i wgryźć się w pionową ścianę, a szukając punktu zaczepienia dla realizacji naszego planu zamawiamy po espresso i panini speck con formaggio - kwintesencję doskonałej kuchni Włoskiej zaklętej w świeżej chrupiącej bułce z masłem, serem i szynką. Decyzją Klimka udajemy się na jedną z najciekawszych, najbardziej eksponowanych i trudniejszych via ferrat w okolicy.

Ferrata zaczyna się za stacją kolejki linowej przy schronisku i startuje bardzo fajnym eksponowanym trawersem, który zamienia się z czasem w równie fajną i eksponowaną wspinaczkę. Na ferracie jesteśmy sami, wiec możemy spokojnie delektować się powietrzem pod nogami i cieszyć się pogodą. A przynajmniej pogodą w tym momencie, gdyż stalowoszare chmury nad horyzontem jasno dają nam do zrozumienie, że radość potrwa już niedługo.

Wraz z pierwszymi błyskawicami rzuciliśmy się do ucieczki z grani, nie czekając, aż któryś z nas rozwinie wątek porównania stalowej asekuracji na via ferratach do instalacji odgromowej.

Zbiegając po piargach, poganiani przez pioruny, jeszcze przed pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy do schroniska Camillo Giussani. Cóż, chyba nawet nie powinno się w inny sposób świętować faktu, że się nadal żyje, jak nie z dzbankiemvino rosso i rewelacyjnym spaghetti. Cali i zdrowi kilka godzin później i kilkaset metrów niżej odbieramy nasze rowery, zdeponowane w garażu schroniska Angelo Dibona.

Natalie
Po zejściu do schroniska i odebraniu rowerów dołączyła do nas Natali z kolegą, zapytali czy czasami nie zrobiłem im zdjęcia na grani podczas zachodu słońca. Pytali, ponieważ wydawało im się że robiłem zdjęcia w ich kierunku. Przejrzeliśmy materiał w aparacie i rzeczywiście okazało się że 2 sylwetki na grani to Natali i Paul.

Natali okazała się być alpinistką z Turynu z którą błyskawicznie złapaliśmy wspólny język i resztę wieczoru przegadaliśmy o wspinaniu, ferratach, rowerach, pracy, filozofii i wszystkim czym się dało i co akurat pojawiło się na tapecie. A Paul cóż typowy Włoch… cichutki, skromniutki żeglarz, pierwszy raz na wspinaniu. Zwieńczeniem wieczoru była mina Paula jak Natali zapisywała swój numer telefonu i mejla w moim ajfonie ;) Polska - Włochy 1:0

Via Alta 1
Budzimy się na polu namiotowym w Cortinie d’Ampezzo, poirytowani, że upadliśmy tak nisko, zjeżdżając do punktu wyjścia. Niestety, wczoraj zaplanowany krótki nocny zjazd do miejsca biwakowania wciągnął nas tak bardzo, że przepuściliśmy niemal 1000 metrów przewyższenia w ciągu kilkudziesięciu minut i znaleźliśmy się w Cortinie. To był nasz ostatni dzień i przez tą niefortunną chwilę słabości rankiem nie pozostało nam nic innego, jak odchudzić bagaż o śpiwory, namiot i cały sprzęt do wspinania i powrócić wielogodzinnym podjazdem na wielką pętlę. Skuszeni opowieściami o wodospadach obraliśmy kierunek północ-północny zachód..."

 

tekst: Łukasz Piątek / zdjęcia: Adam Klimek

Więcej o ekipie rowerowej znajdziesz tutaj Fed by Wild team.





Zostaw komentarz